Zabieg Marcina przebiegł pomyślnie. Szybko wróciliśmy do domu, a Marcinowi nie doskwierały żadne dolegliwości.

Udało mi się być na przedstawieniu Natalki. Bardzo się wzruszyłam. Mała wytrzymała na scenie do końca. Dopiero, gdy dzieci zaczęły z niej schodzić rozpłakała się. Wierszyka nie powiedziała i raczej była obok przedstawienia niż w jego ferworze :) Niemniej jednak czy ktoś by mi uwierzył, czy sama bym uwierzyła rok temu, że Natalka będzie występować w jasełkach? Piękny aniołeczek z tej mojej córeńki najpiękniejszy!

Jak duże to było dla niej przeżycie pokazały nam 3 kolejne przepłakane przez sen noce. Choć pewna mądra głowa podszepnęła mi, że ta jej niespokojność może mieć też związek z zabiegiem Marcina, bo przecież bez wątpienia Natalka wyczuwała panujące podskórnie w domu napięcie. Bliźniaki podobno tak mają :-)

Wczoraj Natalka wyruszyła na swój pierwszy bal i choć trwał on tylko 2 godzinki, kolejne 4 mieliśmy w domu rozdrażnionego dzikuska, który na wszystko i wszystkich warczał. Tak to już jest z Natalką kochającą harmonię, niezmienność, rutynę.

Dziś dotarły do nas tablice, które ostatnio zamówiliśmy dzieciakom w ramach doskonalenia ich warsztatu grafomotorycznego. Nawet tatuś dostał w prezencie urodzinowym piękne obrazki narysowane na nowym sprzęcie.

A poza tym rutyna, terapia, sekwencje domowe, rehabilitacja (okupiona płaczem z powodu bólu) i charmider jaki niesie z sobą zabawa dwójki niesposkromionych skrzatów. Na szczęście pozbywam się przybytku w poniedziałek, bo Marcin dostał pozwolenie na pójście do przedszkola od poniedziałku. Chyba będę słuchać ciszy :-) taki mam deficyt.

W fundacji mają dużo roboty, bo strasznie odwlekają w czasie refundowanie faktur. Tym samym my stoimy w miejscu, bo jednak trudno nam tak wydawać własne ograniczone środki i czekać długo na zwrot…